
Czerwonoarmiści — weterani II wojny światowej — przyjeżdżają co roku do Braniewa, aby uczcić pamięć swoich poległych kolegów. Fot. Wojciech Andrearczyk/braniewiak.pl
Jestem zwolennikiem polsko-rosyjskiego, szeroko rozumianego „pojednania”. Uważam, że kontakty — zwłaszcza te zwykłe, międzyludzkie — powinny być ocieplane z dwóch stron. Jestem przeciwny jednak zafałszowywaniu historii, przemilczaniu faktów i udawaniu, że „nic się nie stało”.
Gdy 3 maja — w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja — stałem na Skwerze Sybiraków w gęstej, nieskoszonej trawie, „okraszonej” żółtymi kwiatami mleczu — było mi zwyczajnie wstyd. Gdy wojsko nie oddało salwy honorowej — było mi przykro. Nie mniej niż mojemu 5-letniemu synkowi, który czekał na to od roku.
Wszystko wyglądało zupełnie inaczej 6 maja, gdy w Braniewie obchodzono „prazdnik maja” (ZOBACZ: Przekroczyli granicę w strugach deszczu. Aby uczcić pamięć). Bo i trawa była skoszona i nawet były trzy salwy. A do tego wyrównano też teren przy placu zabaw, który miał być w ciągu następnych dni… rozkopany. Brakowało tylko pobiałkowanych krawężników. Malowania trawy (dziwne?) również nie stwierdziłem.
Moja złość zaczęła się od momentu zaproszenia mnie na tę uroczystość. Kierowano mnie bowiem na cmentarz żołnierzy „Armii Radzieckiej”. Czy posługiwanie się terminem „Armia Radziecka” — a nie „Armia Czerwona” (bo pod taką nazwą ta formacja funkcjonowała do lutego 1946 r.) — wynika z nieznajomości historii, czy też jest to celowe wprowadzanie w błąd? Nie od dziś przecież wiadomo, że „czerwony” może źle się kojarzyć…
Później słuchałem przemówień… I były one oczywiście jak najbardziej politycznie poprawne. Bo nikt nie wspomniał o tym, że losy II wojny światowej potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie 17 września 1939 r. i radziecka agresja na Polskę. Gdyby nie planowe mordy polskich oficerów w Katyniu. Gdyby nie stalinowsko-hitlerowskie współdziałanie. Dlaczego żadna ze stron o tym nie mówiła? Przecież gdyby nie obłędna wojenna polityka Stalina „ci chłopcy” — jak ich nazwał rosyjski gubernator — być może wcale nie musieliby zginąć!
A co z tymi, którzy tu mieszkali? W Braunsbergu, Frauenburgu, Mehlsack? Nie zapominajmy, że nie można mówić o zdobyciu (tak — zdobyciu — a nie wyzwoleniu) tych ziem (czyli dawnych Prus Wschodnich) w oderwaniu od historii Prus i mieszkających tutaj Niemców. Mordowanych, gwałconych, wreszcie przegonionych. Przez „tych chłopców”, którym udało się przeżyć… Pamiętajmy też, że ziemie te — zwłaszcza fabryki i zakłady — były po wojnie masowo grabione. I wszystko to, co dało się ukraść, było wywożone do Związku Radzieckiego.
Nie jestem ani rusofobem, ani germanofilem. Miło, że kontakty międzyludzkie są i mogą (powinny) być ciepłe — jak zaznaczyłem na początku tego tekstu. Przy spotkaniach towarzyskich historia zwykle nie gra głównej roli. Jednak politycy muszą pamiętać o tym, że w 1945 r. nie tylko zostaliśmy wyzwoleni, ale również trafiliśmy do strefy wpływów Związku Radzieckiego. Zrzekając się całkowicie swojej niezależności na niemal pół wieku.
Na koniec przytoczę fragment nowego podręcznika „Dzieje Ziem Pruskich”, którego współautorem jest dr Jana Gancewski:
„Zdobyte niemal bez walki wszystkie miasta były w ruinie. Władze radzieckie dawały przyzwolenie na mordy, gwałty i rabunki dokonywane na ludności cywilnej. Ruiny, zgliszcza, rozgrabione zakłady przemysłowe — to obraz pierwszych dni wyzwolenia. Prawo zwycięzcy jeszcze długo pozwalało na wywożenie dóbr do ZSRR. Kiedy Polska przejmowała tereny byłych Prus Wschodnich znajdowało się na nich tylko 170 tys. osób, co stanowiło 16 proc. stanu z 1939 roku. Tereny te były wyludnione i zniszczone. Do zniszczeń przyczyniła się Armia Czerwona. Grabieży dokonywali też polscy szabrownicy, przedstawiciele różnych instytucji z Polski Centralnej, którzy penetrowali mieszkania, warsztaty rzemieślnicze czy zagrody wiejskie”.


















