07 maj 2012

Czerwonoarmiści — weterani II wojny światowej — przyjeżdżają co roku do Braniewa, aby uczcić pamięć swoich poległych kolegów. Fot. Wojciech Andrearczyk/braniewiak.pl

Jestem zwolennikiem polsko-rosyjskiego, szeroko rozumianego „pojednania”. Uważam, że kontakty — zwłaszcza te zwykłe, międzyludzkie — powinny być ocieplane z dwóch stron. Jestem przeciwny jednak zafałszowywaniu historii, przemilczaniu faktów i udawaniu, że „nic się nie stało”.

Gdy 3 maja — w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja — stałem na Skwerze Sybiraków w gęstej, nieskoszonej trawie, „okraszonej” żółtymi kwiatami mleczu — było mi zwyczajnie wstyd. Gdy wojsko nie oddało salwy honorowej — było mi przykro. Nie mniej niż mojemu 5-letniemu synkowi, który czekał na to od roku.

Wszystko wyglądało zupełnie inaczej 6 maja, gdy w Braniewie obchodzono „prazdnik maja” (ZOBACZ: Przekroczyli granicę w strugach deszczu. Aby uczcić pamięć). Bo i trawa była skoszona i nawet były trzy salwy. A do tego wyrównano też teren przy placu zabaw, który miał być w ciągu następnych dni… rozkopany. Brakowało tylko pobiałkowanych krawężników. Malowania trawy (dziwne?) również nie stwierdziłem.

Moja złość zaczęła się od momentu zaproszenia mnie na tę uroczystość. Kierowano mnie bowiem na cmentarz żołnierzy „Armii Radzieckiej”. Czy posługiwanie się terminem „Armia Radziecka” — a nie „Armia Czerwona” (bo pod taką nazwą ta formacja funkcjonowała do lutego 1946 r.) — wynika z nieznajomości historii, czy też jest to celowe wprowadzanie w błąd? Nie od dziś przecież wiadomo, że „czerwony” może źle się kojarzyć…

Później słuchałem przemówień… I były one oczywiście jak najbardziej politycznie poprawne. Bo nikt nie wspomniał o tym, że losy II wojny światowej potoczyłyby się zupełnie inaczej, gdyby nie 17 września 1939 r. i radziecka agresja na Polskę. Gdyby nie planowe mordy polskich oficerów w Katyniu. Gdyby nie stalinowsko-hitlerowskie współdziałanie. Dlaczego żadna ze stron o tym nie mówiła? Przecież gdyby nie obłędna wojenna polityka Stalina „ci chłopcy” — jak ich nazwał rosyjski gubernator — być może wcale nie musieliby zginąć!

A co z tymi, którzy tu mieszkali? W Braunsbergu, Frauenburgu, Mehlsack? Nie zapominajmy, że nie można mówić o zdobyciu (tak — zdobyciu — a nie wyzwoleniu) tych ziem (czyli dawnych Prus Wschodnich) w oderwaniu od historii Prus i mieszkających tutaj Niemców. Mordowanych, gwałconych, wreszcie przegonionych. Przez „tych chłopców”, którym udało się przeżyć… Pamiętajmy też, że ziemie te — zwłaszcza fabryki i zakłady — były po wojnie masowo grabione. I wszystko to, co dało się ukraść, było wywożone do Związku Radzieckiego.

Nie jestem ani rusofobem, ani germanofilem. Miło, że kontakty międzyludzkie są i mogą (powinny) być ciepłe — jak zaznaczyłem na początku tego tekstu. Przy spotkaniach towarzyskich historia zwykle nie gra głównej roli. Jednak politycy muszą pamiętać o tym, że w 1945 r. nie tylko zostaliśmy wyzwoleni, ale również trafiliśmy do strefy wpływów Związku Radzieckiego. Zrzekając się całkowicie swojej niezależności na niemal pół wieku.

 

Na koniec przytoczę fragment nowego podręcznika „Dzieje Ziem Pruskich”, którego współautorem jest dr Jana Gancewski:




„Zdobyte niemal bez walki wszystkie miasta były w ruinie. Władze radzieckie dawały przyzwolenie na mordy, gwałty i rabunki dokonywane na ludności cywilnej. Ruiny, zgliszcza, rozgrabione zakłady przemysłowe — to obraz pierwszych dni wyzwolenia. Prawo zwycięzcy jeszcze długo pozwalało na wywożenie dóbr do ZSRR. Kiedy Polska przejmowała tereny byłych Prus Wschodnich znajdowało się na nich tylko 170 tys. osób, co stanowiło 16 proc. stanu z 1939 roku. Tereny te były wyludnione i zniszczone. Do zniszczeń przyczyniła się Armia Czerwona. Grabieży dokonywali też polscy szabrownicy, przedstawiciele różnych instytucji z Polski Centralnej, którzy penetrowali mieszkania, warsztaty rzemieślnicze czy zagrody wiejskie”.

12 kwi 2012

Dwie zwycięskie prace w konkursie. Ta z prawej — choć kontrowersyjna — robi niesamowite wrażenie. Fot. Wojciech Andrearczyk/braniewiak.pl

Dzisiaj miałem możliwość uczestniczenia w pracach komisji, której celem było wybranie najlepszego plakatu „Zbrodnia Katyńska 1940”. Wybór, jakiego dokonaliśmy, nawet mnie zaskoczył.



Tak, były prace dość standardowe (choć to słowo zupełnie tu nie pasuje): brzozowy las, polscy oficerowie, krótka broń, tryskająca krew, czaszki z dziurą po kuli. Były zdjęcia, kopie dokumentów, fragmenty listów. To wszystko, co już znamy, co już widzieliśmy, co się nam opatrzyło.

Jednak jedna praca była zupełnie inna, wyjątkowa, nieszablonowa…

O tym, kto wygra konkurs, dyskutowaliśmy dobrych kilka minut. Ostatecznie podjęliśmy decyzję, że pierwsze miejsce zdobędzie tak plakat, który dość tradycyjnie przedstawił historię mordu w Katyniu, jak i ten, którego autor (autorka?) podszedł do sprawy bardzo indywidualnie. Dodam, że autorami obu zwycięskich prac są uczniowie gimnazjum.

Co ja zobaczyłem w plakacie, który nominowałem do zwycięstwa? Dłonie. Piękne, zadbane kobiece dłonie. Długie palce, pomalowane paznokcie. Dłonie te trzymały w ręku przestrzeloną czaszkę. Pomyślałem sobie o tysiącach kobiet, które przecież do końca (nawet jeszcze wiele lat po wojnie) wierzyły, że ich mężowie, chłopcy wrócą do domu. Te kobiety dla nich były piękne i zadbane. Do końca… Pewnie co wieczór obmyślały jak razem spędzą ten dzień, w którym ich ukochany powróci do domu. Co musiały czuć, gdy zamiast tego zobaczyły szkielet i tę straszną czaszkę?

Na konkurs organizowany przez Agnieszkę Borysewicz-Filipek, nauczycielkę z Zespołu Szkół Budowlanych w Braniewie, wpłynęło wiele prac. Niemal każda miała w sobie „to coś”.

Żadna jednak nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak ta jedna…

11 sty 2012

Pozdrawiam wszystkich komentatorów. Nim jednak napiszą coś na dyskusyjnych forach — niech najpierw porozmawiają ze mną

Lokalni działacze Platformy Obywatelskiej i sympatycy tej partii rozpoczęli dziwną nagonkę na tygodnik, któremu szefuję. Padają oskarżenia… Szkoda tylko, że za moimi plecami.



Wielokrotnie w wielu miejscach powtarzałem: spotykajmy się, rozmawiajmy, nie unikajmy siebie. Mówię to zresztą wszystkim. Jak widać — bezskutecznie.

Zależy mi na tym, aby gazeta, której szefuję, cieszyła się dobrą opinią i sama w sobie była konkretną marką. Od początku nie nastawiałem się na to, że w samorządach (tak miejskim, jak i powiatowym) staniemy w naszych ocenach po którejś ze stron.

IKAT Gazeta Braniewska jest przede wszystkim tygodnikiem familijnym, informującym o tym, co dzieje się u naszych czytelników z Braniewa i „za miedzą”. Nie jesteśmy od rozdrapywania sporów, analizowania konfliktów, „dowalania”. Bo wiemy, jak się kończy takie ślepe dziennikarstwo. Najlepiej pokazuje to przykład tytułów, które zniknęły z naszego rynku.

Tymczasem my cieszymy się ciągle wysoką sprzedażą egzemplarzową (dziękujemy Wam, Czytelnicy!) i ciągle rosnącą ilością unikalnych użytkowników (dziękujemy Wam, Internauci!).

A teraz słów kilka o „zależnościach”. Czy jesteśmy zależni od burmistrza Braniewa i Urzędu Miasta? Najlepiej zapytać o to naszego wydawcę, czyli spółkę Edytor. Ja powiem — od siebie: nie, nie jesteśmy zależni.

Czy UM zamieszcza u nas ogłoszenia? Tak, zamieszcza. Ponieważ co tydzień docieramy do ponad 4 tys. czytelników i nie ma lepszej platformy informacyjnej od IKATA, Dziennika Elbląskiego i portalu braniewiak.pl

Czy faworyzujemy burmistrza Braniewa? Już kiedyś zarzucił nam to obecny poseł Wojciech Penkalski, powtarzają to także inni lokalni politycy.

Każdego z tych polityków (samorządowców) zapraszam do naszej redakcji. Dam mu — tak jak i dałem posłowi Penkalskiemu — zszywki naszych gazet z ostatniego roku (faktycznie szefuję redakcji od marca 2011 r.). I poproszę, aby wskazał, w którym miejscu nie zachowaliśmy obiektywizmu i stanęliśmy po stronie burmistrza Braniewa.

Czym skończy się to doświadczenie? Ano tym samym, czym skończyło się w przypadku posła. Odniósł nam gazety, ale nie wskazał ani jednego artykułu, w którym bylibyśmy stronniczy…

23 lis 2011

Poseł mówi, burmistrz słucha. Czy wyciągnie wnioski? Fot. Aleksandra Jakimczuk/braniewiak.pl

Wojciech Penkalski, świeżo upieczony poseł braniewski, konsekwentnie dąży do tego, aby szerzej zaistnieć nie tylko na warszawskich salonach, ale przede wszystkim w naszym mieście.



Najpierw pan poseł wylewał krokodyle łzy nad zlikwidowanym pułkiem (PRZECZYTAJ: Pułk pożegnał sztandar. To koniec pewnej epoki oraz Poseł i wojsko. Albo to pomyłka, albo cynizm), wczoraj strofował burmistrza i radnych (ZOBACZ: Rady posła i likwidacja szkół. Sesja Rady Miejskiej Braniewa).  Takich wystąpień w wykonaniu Penkalskiego będzie więcej. Czym zaowocują? Być może poprawą kondycji miasta (chciałbym w to wierzyć). Ale ich wynikiem może być także to, że w wyborach samorządowych 2014 roku „Ruch Poparcia Penkalskiego” przejmie władzę w mieście, a być może także w powiecie.

Penkalski — choć mówi o sobie „przedsiębiorca” — jest typowym populistą, sprytnie uderzającym w socjalne potrzeby ludzi. „Do polityki nie poszedł dla pieniędzy” (podobnie jak jego guru Janusz Palikot), jest „poza układami”, a do tego dowala niemal wszystkim. To taki kolejny Lepper, dobry na czasy kryzysu. Czy pociągnie za sobą mieszkańców Braniewa? Moim zdaniem to wielce prawdopodobne. Zwłaszcza że ulubionym jego stwierdzeniem jest robienie wszystkiego „dla dobra społeczności tego miasta”.

Chyba duży problem z Penkalskim mają nasi samorządowcy, mocno okrzepli w lokalnej polityce. Wszak nikt pana Wojtka nie traktował na początku poważnie. Po tym, jak z kretesem przegrał wybory samorządowe (nie tylko nie został burmistrzem, zdobywając zaledwie jakieś 400 głosów z kawałkiem, ale nawet nie dostał się do Rady Miejskiej) co niektórzy odtrąbili upadek Penkalskiego. Blady strach padł na nich po wyborach parlamentarnych. Penkalskiego można ignorować. Posła Penkalskiego — już nie bardzo.

Teraz pytanie co nasi samorządowcy mają zamiar z tym zrobić? Na razie mamy podzielony PSL. Z jednej strony ludzi „Heńka” i „Włodka”, a z drugiej „Jana z lasu”. I choć jeszcze kilka lat temu ludzie ci szli ręka w rękę dzisiaj patrzą na siebie spod byka.

Słaba jest także Platforma Obywatelska. Jej członkowie z uporem maniaka atakują „zielonych ludków”. Nie widząc dla siebie zagrożenia ze strony „pomarańczowej rewolucji” posła od Palikota.

NBR, PiS? Te ugrupowania nic nie znaczą. Słyszymy o nich przed wyborami.

Tymczasem Penkalski już dzisiaj pracuje na następne wybory. Jaki będzie efekt tej pracy? Wiele zależy od tego, czy dzisiejsi wrogowie pogodzą się, czy też nadal każdy będzie ciągnął kołderkę w swoją stronę.

17 lis 2011

 

Władze Braniewa i powiatu braniewskiego prawdopodobnie nie zrobiły nic, aby uratować braniewskie wojsko. Ja przynajmniej o tym nie słyszałem. Uchwała intencyjna, podjęta tak przez Radę Miasta, jak i Radę Powiatu o „sprzeciwie wobec faktu likwidacji jednostek” nie miała żadnego znaczenia. Ale dziwi mnie również poseł Wojciech Penkalski. Zwala winę na — owszem — winnego burmistrza, zapominając jednocześnie, że hasłem jego partii jest „tyle samo pieniędzy na armię, co i na kulturę”.



Braniewski 16. Pułk Artylerii pożegnał swój sztandar (ZOBACZ:


 Pułk pożegnał sztandar. To koniec pewnej epoki). 


Gorzkie przemówienie podczas uroczystości wygłosił poseł Penkalski. Poseł mówił o „swoistym pożegnaniu naszych dobroczyńców, naszego wojska”. „Z tą porażką i ciosem dla naszego miasta nie mogę się pogodzić i zadaję pytanie — czy musiało do tego dojść?” — kontynuował poseł.

Pan poseł jak widać zapomniał o tym, że jego partia jest zwolenniczką likwidacji jednostek wojskowych… Penkalski przekonuje zatem, że „wojska należało bronić za wszelką cenę”.

Co innego mówili jednak inni członkowie Ruchu Palikota. Tuż przed wyborami olsztyńscy działacze RP przekonywali, że należy zabrać wojsku pieniądze i przekazać je na kulturę (zobacz tekst w Gazecie Wyborczej).

 Aby zobrazować to rozbijali młotkiem plastikowy pistolet. To taki happening w wydaniu Roberta Leszczyńskiego „w geście sprzeciwu przeciwko działaniom rządu wydającym miliardy na dozbrajanie armii” (źródło: GW).

Działacze ci podkreślali, że armia powinna być „mała i zwinna”, zaś „w trudnych sytuacjach obroni nas kultura i utrzyma naszą tożsamość narodową” (cytaty za GW).

Nie wiem, czy ze swoimi kolegami z RP zgadza się poseł Wojciech Penkalski. Wysłałem do jego biura mail z prośbą o odniesienie się do kwestii utrzymania jednostek wojskowych — z jednej strony — a z drugiej strony do zmniejszenia nakładów na armię do 1 proc. PKB (obecnie — 1,95 proc.). Czekam na odpowiedź…

Taki bowiem postulat („tyle samo pieniędzy z budżetu na armię, co i na kulturę” — czyli po 1 proc.) głosił nie kto inny jak Janusz Palikot.



„Czy rzeczywiście wojsko stanowi o tym, czy to dzięki wojsku przetrwaliśmy setki lat niewoli, czy nie dzięki Miłoszowi i innym poetom, którzy są pochowani także na Wawelu” — pytał Palikot podczas spotkania z mieszkańcami Krakowa w 2010 r. (ZOBACZ tekst w wp.pl).



 Dalej czytamy, że „zamiast na czołgi lepiej wydawać pieniądze na remonty domów kultury”. „Nie przekonuje mnie to, że dzisiaj najlepszą inwestycją dla polskich pieniędzy jest inwestowanie w wojsko” — kontynuuje we wspomnianym tekście Palikot.

Poseł Penkalski pytany o kwestie wyznaniowe przekonywał, że sam jest głęboko wierzący. Domyślam się, że teraz stwierdzi, że jest gorącym zwolennikiem obrony armii… Dla mnie jednak to albo polityczna schizofrenia, albo cynizm…

31 paź 2011

Krzyż towarzyszy nam przez całe życie. Czy to się komuś podoba, czy też nie... Fot. Archiwum IKAT Gazeta Braniewska

Dobrze, że już jutro będziemy obchodzić dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny. Bo to zawsze jest czas zadumy — dla wszystkich.

W te dwa dni warto zapomnieć o doczesności i skupić się na tym, co po śmierci. Szkoda mi osób, które uważają, że wszystko kończy się tutaj, na ziemi.

Na szczęście życie „doczesne” to dla większości Polaków tylko przystanek.

Zaś symbolem tego, co „po życiu” jest m.in. krzyż. Krzyż to znak zmartwychwstania po męce. A przecież dla wielu z nas — choćby chorych — życie na ziemi jest męką. I krzyż im pomaga przetrwać.

Ten sam krzyż, który garstka posłów chciałaby wyrzucić z dnia codziennego, w zamian proponując inne „wartości”…

21 paź 2011

Pierwsza strona specjalnego dodatku z okazji 21. rocznicy istnienia IKATA Gazety Braniewskiej

W kioskach i sklepach ukazał się dzisiaj specjalny dodatek z okazji 21. rocznicy powstania IKATA Gazety Braniewskiej. To dobry moment do podsumowań. I wspomnień.

Razem z naszymi Czytelnikami chcielibyśmy zadecydować, które wydarzenie w ciągu minionych 21 lat było najważniejsze. Dlatego zachęcamy wszystkich do przesyłania do naszej redakcji zgłoszeń takich wydarzeń (SZCZEGÓŁY: IKAT Gazeta Braniewska ma 21 lat. Wybieramy wydarzenie XXI-lecia).

Część wydarzeń już opisaliśmy w „dużym” dodatku do dzisiejszego IKATA. Swoje wspomnienia zamieścili tam także trzej naczelni — Krzysztof Szczepanik, Witold Chrzanowski i ja. Przed każdym z nas stało inne zadanie. Jak je wypełniliśmy/wypełniamy? Tę ocenę pozostawiamy naszym Czytelnikom i Internautom.

17 paź 2011

Wandale połamali paliki zabezpieczające młode drzewko. Fot. Internauta/braniewiak.pl

„W niedzielne przedpołudnie przechodząc parkiem koło amfiteatru napotkałem połamane niedawno posadzone drzewka i zrobione do nich stojaki z listewek. Nic nie byłoby w tym dziwnego, bo to norma w naszym mieście — głupota nocnych imprezowiczów wracających do domu. Nic dziwnego i zaskakującego gdyby nie praktycznie nieopodal całkowicie rozwalona ławeczka tuż pod jedną z zamontowanych kamer w obrębie parku i amfiteatru. Ławka stojąca naprzeciw latarni na której jest kamera — a tu wandalizm! Tylko zapewne kamera nie działa — jak większość w naszym mieście. Bo jak to mówi stare przysłowie «pod latarnią najciemniej»” — napisał do naszej redakcji Czytelnik z Braniewa.

Ma rację Czytelnik. Kamer w naszym mieście mnóstwo. Jak i wandali, którzy zdają się nic sobie z nich nie robić. A to dlatego, że nie ma osoby, która na bieżąco śledziłaby obraz z kamer. Zatem policjanci spojrzą na nagranie dopiero wtedy, gdy ktoś zgłosi przestępstwo. A zwykle jest tak, że nikt nie informuje policji o połamanych drzewkach, zniszczonych ławkach, koszach na śmieci. Choć i my pisaliśmy, że należy zgłaszać każdy przejaw wandalizmu (ZOBACZ: Miasteczko: będzie nagroda za wskazanie sprawców? oraz Komu znowu przeszkadzały drzewka rosnące przy placu zabaw?) — zapewniał nas o tym sam komendant braniewskiej policji.

Jest jednak jeszcze jedna, zupełnie inna rzecz. Ale proszę jej nie odczytywać, jako usprawiedliwienia wandali. Gdyby małe drzewka były solidnie opalikowane i przywiązane sznurkiem — wandale nie tak łatwo poradziliby sobie z nimi. Dla pijanego wyrostka wyrwanie czy połamanie kilku cienkich listewek to żaden problem. Gdyby jednak trafił na solidne, grube paliki, wbite w ziemię kafarem, zbite ze sobą i związane sznurkiem — musiałby już dobrze się postarać. Być może w swoim małym móżdżku przekalkulowałby, że mu się to nie opłaca…

PRZECZYTAJ: Drzewo dobrze opalikowane — na Familie.pl

Zakładanie zieleni w mieście rządzi się swoimi prawami. Sadząc drzewko musimy zakładać, że ktoś je połamie. Sadząc kwiaty jest niemal pewne, że ktoś niektóre z nich ukradnie. A siejąc trawę musimy założyć, że piękny, młody trawnik może stać się dla kogoś… parkingiem. To przykre, ale prawdziwe.

Dlatego trzeba zabezpieczać solidnie i rośliny i miejsca z zielenią — dopóki się nie rozrosną. Osoby zakładające zieleń w mieście powinny o tym wiedzieć…

Tak należy palikować drzewka:

ZOBACZ 1

ZOBACZ 2

ZOBACZ 3

 

13 paź 2011

Janusz Palikot i Wojciech Penkalski — jaką bajkę stworzą te postaci? Fot. Ryszard Biel/Dziennik Elbląski

Może niektórzy z Was pamiętają, jak w filmie „Shrek Trzeci” do Karczmy pod Zatrutym Jabłkiem przybywa Książę z Bajki, aby zjednać sobie wszystkie najgorsze postaci bajkowe?

Są tam wiedźmy, mówiąca niskim głosem ponura barmanka, niedobre siostry Kopciuszka i zła wróżka. Jednym słowem — wszystkie najczarniejsze bajkowe charaktery.

Dlaczego o tym piszę? Bo Księcia z Bajki przypomina mi Janusz Palikot. Żądny jeśli nie władzy, to na pewno brylowania na salonach, przygruchał sobie różnej maści osobliwości. Transwestytę, geja, byłego księdza, zwolenników aborcji, miłośników trawy. No i człowieka z kryminalną przeszłością, który będzie nas reprezentował w Sejmie.

„Shrek” kończy się szczęśliwie. Mam nadzieję, że tak samo zakończy się czteroletnia kadencja tego Parlamentu.

26 wrz 2011

Szersza publiczność zasiadła na trybunach basenu tylko jeden raz - wtedy m.in. kiedy swój skok oddawał burmistrz Braniewa. Fot. Aleksandra Jakimczuk/braniewiak.pl

Basen w Braniewie ma tory, na których mogą rywalizować ze sobą pływacy, ma także trybuny na 195 osób. Nie można jednak organizować na nim zawodów pływackich. Tak przynajmniej utrzymuje dyrektor tej placówki.

Gdy burmistrz Braniewa chwalił się nowym basenem, niejednokrotnie podkreślając, że będą na nim zawody pływackie, cieszyłem się i ja. Choć pływakiem nie jestem, a i na basenie często nie bywam.

Czar prysł, gdy okazało się, że nasz basen nie weźmie udziału w akcji „Warmia i Mazury pływają”. Jedynej chyba imprezie tego typu w naszym województwie.

Akcja — z punktu widzenia dyrektora basenu — jest nieopłacalna, bo basen musiałby zostać zamknięty w sobotę. Dyrektor nic nie mówi natomiast o wpływie z biletów, czy od pozyskanych sponsorów. O reklamie także, bo ta — według dyrektora — „nie jest potrzebna”.

Przyznaję, że to szczytna idea, aby każdy mógł wejść na basen wtedy, kiedy chce. I że wola tych jednostek jest silniejsza, niż wola ogółu, który wolałby kibicować pływakom. W 1936 r. otwarto bowiem w Braniewie basen, który należał do wojska. A ludności cywilnej służył jedynie w określonych godzinach. Oj, chyba zabrnąłem za daleko…

Wracajmy więc do czasów współczesnych. Pojawiła się szansa, aby w Braniewie odbyły się zawody pływackie. Moglibyśmy pochwalić się naszą inwestycją w całym województwie. A przy okazji wprowadzić do miasta nową imprezę, jakiej jeszcze nie było. Ale nic z tego.

Bo nie tylko, że się nie opłaca. Ale i nie można… Choć na basenie są trybuny na 195 osób. Wyjaśniam to szerzej w moim tekście Zawody pływackie w regionie. Ale nie u nas. „Bo się nie opłaca”

Potwierdza się więc, że gdyby zarządca był prywatny, to działoby się może więcej. A ponieważ jest miejski, to jest dobrze, jak jest.

Ostrzegam jednak: hossa braniewskiego basenu kiedyś może się skończyć. Wtedy trzeba będzie zaproponować coś innego niż tylko beztroskie chlupanie, pływanie i ciśnięcie się w przymałym jakuzzi.

Blog Wojciecha Andrearczyka

Powered by WordPress
Designed by Edytor Sp z o.o.